
„Doktórka od familoków” Magdaleny Majcher to nieco inna odsłona historii, którą dopiero co poznałam z „Ołowianych dzieci” Michała Jędryki.
W samej historii nic się nie zmieniło, inny jest punkt widzenia, sposób opowiedzenia zdarzeń. Ponieważ książka powstała na kanwie rozmów autorki z główną bohaterką wydarzeń, doktor Jolanty Wadowskiej – Król, ciężar złożony jest właśnie na niej. Mamy tu również drugą, fikcyjną bohaterkę, „sklejoną” z wielu szopienickich żon i matek, Helenę, ona pokazuje nam codzienne życie śląskiej kobiety, na której sile tak naprawdę opierał się dom.
Doktórka z familoków, Królowa, Matka Boska Szopienicka jak w różnych momentach nazywali ją rozmaici ludzie, odkryła, że praktycznie wszyscy jej mali podopieczni są chorzy, mniejsi, chudsi i wolniej się rozwijają od rówieśników, którzy nie żyją spowici kolorowymi dymami z pobliskiej huty metali nieżelaznych. Szybko znalazła sojuszniczkę w wojewódzkiej konsultantce pediatrii profesor i potem wpadła w kołowrót badań, skierowań, sanatoriów i swego rodzaju walki z hutą. Walki o lepsze życie dla dzieci, które pracodawca rodziców bezmyślnie i bezlitośnie truł swymi wyziewami.
Walki prowadzonej skrycie i tajemniczo, bowiem w socjalistycznym PRL-u niemożliwym było wskazanie przemysłu (zwłaszcza ciężkiego) jako winnego czemukolwiek. Przemysł był tylko wspaniały.
Wersja historii przedstawiona przez Magdalenę Majcher sprawia wrażenie bardzo powieściowe, gdyby nie soczyste posłowie i nie to, że już o sprawie wiedziałam, czytałam, można by uznać tę historię za zgrabnie stworzoną fikcję. Jest przejmująca, ale zarazem miękko opowiedziana. Bardzo fabularnie wręcz.
Ale polecam!
Choć „Ołowiane dzieci” (książkę!) bardziej. Może właśnie ze względu na surowość, twardość wrażeń, które po niej zostały.
Do serialu Netflixa po wyjaśnieniach różnic spisanych przez Magdalenę Majcher https://www.facebook.com/share/1DamCqGyTn/?mibextid=wwXIfr podchodzę z dużym dystansem.
Tytuł: Doktórka od familoków
Autorka: Magdalena Majcher
Wydawnictwo: WAB
Moja ocena: 8/10
PS. Co mnie uderzyło – nieco obok sensu stricto tej historii – to jak działają śląscy mężczyźni. Ci silni, ciężko pracujący, podobno odważni górnicy i hutnicy, bez swoich kobiet zginęli by marnie. Oni zarabiali na dom i dzieci, ale też chętnie pili i bili. A poza tym zero odwagi by walczyć o swoje. Zachowawczość i konformizm. A one rodziły dzieci (w ilościach – co rok, to prorok), sprzątały, gotowały, prały, stały w kolejkach, zajmowały się dziećmi, ich problemami, przedszkolami, szkołami, chorobami. I gdy trzeba było walczyć o dobro dzieci, zdrowie, o mieszkania, o przeprowadzki, o autokar do sanatorium, to też one stawały w pierwszej linii. Mam nieodparte wrażenie, że gdy sytuacja tego wymagała, mężczyźni poszli strajkować, bo żony i matki im kazały. Sami trwali by na pozycji „zawsze tak było”.
Śląska siła to kobieta.
