
Nie chciałabym żyć na przełomie XVI i XVII wieku. Nawet będąc szlachcianką ze starego i szanowanego rodu. Normy społeczne ówcześnie nie przewidywały kobiet samodzielnych i niezależnych.
„Myśląca samodzielnie kobieta myśli niewłaściwie” to zdanie z inkwizycyjnego podręcznika „Młot na czarownice” było przewodnikiem w tamtym świecie. Kobiety dobrze urodzone mogły być uległymi żonami, służącymi do wydawania na świat kolejnych potomków, nie przewidziano dla nich żadnej decyzyjności, żadnej władzy nad samą sobą. Te których nie udało się wydać za mąż lądowały jako ubogie krewne w domach rodziny, w klasztorach lub ich namiastkach.
Sydonia von Bork była piękna, wykształcona i pochodziła z jednego z najstarszych rodów na Pomorzu. Trafiła na dwór książęcy jako panna z fraucymeru, aby tam zainteresował się nią odpowiedni mężczyzna. I tu miała pecha. Mężczyzna był zbyt wysoko urodzony.
Gdy sytuacja na dworze zaczęła być trudna, zmarła jej matka, Sydonia opuściła dwór, a jej los tym samym został przypieczętowany, wrócić tam już nie mogła. Tymczasem rodzinny majątek, już mocno nadszarpnięty, dostał się we władztwo starszego brata. A on nie miał zamiaru dzielić się nim z dwoma siostrami. Sydonia zamiast wzorem ówczesnych kobiet przyjąć rolę ubogiej krewnej, zaczęła walczyć o to, co jej się należało. Zaczęła korzystać z zapisów prawa. Kobieta! W XVI wieku!

Walka o pieniądze dziedziczone po matce, potem po siostrze i na końcu po bracie, sprowadziła jej życie do pasma nieustających procesów, co nie budziło podziwu, tylko wręcz przeciwnie, niechęć wśród kolejnych krewnych i powinowatych. A także wśród dworskiej kamaryli.
Na dodatek Sydonia się ciągle uczyła, a to też niewskazane dla kobiet. Wiedza i walka o samodzielność doprowadziły ją do oskarżenia o czary. Bo to była prosta droga do ostatecznego pozbycia się uciążliwej krewnej.
Historia Sydonii, to historia o społeczeństwie tamtego czasu, o patriarchacie okrutnym i bezmyślnym, o religijnych zabobonach ubieranych w nazwy rozmaitych wyznań, o zawiści, chciwości i głupocie, które mają władzę tylko z powodu płci.
Gdyby Sydonia była mężczyzną, ród Borków zapewne znów byłby najsilniejszym na Pomorzu. Była kobietą, o Borkach zapomniano.

Elżbieta Cherezińska przez wiele lat przygotowywała się do spisania historii Sydonii. Pomagali jej w tym miłośnicy Pomorza i Gryfitów, historycy i zapaleńcy. Bo to historia wspaniałej osobowości, mądrej i walecznej kobiety, której przyszło żyć w okropnych czasach. Trudny czas, trudny temat, trudne losy bohaterki.
Ale jak to jest wspaniale napisane, jak wciąga w klimat. Gdy jesteśmy na zamku pomorskiego księcia czujemy te dworskie intrygi i krzywe spojrzenia, gdy w lesie otaczają nas drzewa i rośliny, szumią i pachną, a w tle przemykają zwierzęta i starodawne boginie. W Szczecinie, Kołobrzegu czy Wołogoszczy poznajemy miasto, w Marianowie dziwaczny twór świecko-klasztorny. Nad morzem czujemy wiatr, wilgoć, sól w powietrzu. Autorka po prostu przenosi czytelnika w czasie i przestrzeni. I oddaje hołd Sydonii, ale i wielu innym kobietom, które zgładzono tylko dlatego, że były zbyt mądre. A ich mądrość stanowiła zagrożenie dla mężczyzn.
Dziękuję pani Elżbieto za historię Sydonii. Ona zasługuje na pamięć. Na pamięć tak pięknie przedstawioną.
Czytajcie.
Pamiętajcie, że nasza historia to nie tylko książęta, królowie i inni mężczyźni. To także kobiety.
Tytuł: Sydonia. Słowo się rzekło.
Autorka: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk
Moja ocena: 10/10
