
„Zmorę” kupiłam dawno temu na Targach Książki, mam w niej wpis autora. Ale jakoś nie mogłam się zebrać do lektury. Teraz gdy kontynuację pt. „Zmora. Czarna Toń” zareklamował Maciej Siembieda, postanowiłam wreszcie uzupełnić ten brak.
I nie wiem czy to efekt mojej depresji, czy cokolwiek innego, ale niespecjalnie przypadła mi ta lektura do gustu.
Pierwsza polowa ciągnęła się makabrycznie, nudziłam się i kilka razy chciałam odłożyć, ale z sympatii i szacunku dla autora brnęłam dalej. Potem gdy zwroty akcji wciągnęły mnie w zagadkę, czytałam dla poznania rozwiązania. Ale nadal bez sympatii dla bohaterów. Oni wszyscy byli bardzo realni – jak w prawdziwym życiu – mało kogo można polubić. Może Aldonę, przyjaciółkę Kamy. Pozostali w mniejszym lub większym stopniu niesympatyczni lub wręcz okropni. Kama z nieprzepracowaną traumą jakaś miągwowata. Korcz zimny i bez wyrazu.
Sama historia mimo, że zdaje się być nieprawdopodobna, spina się i kunszt pisarski Małeckiego zapewnia jej realistyczny przebieg.
Zatem, kładąc to na karb mojego dołka, nie jestem zachwycona.
Ale sięgnę po kontynuację.
PS. Częściowo słuchałam i niesamowicie irytował mnie głos Karoliny Gruszki (aktorki, którą lubię i cenię), jej Kama miała przesadnie wysoki głos. Ciągle była siedmioletnią dziewczynką, nawet gdy była już w skórze dorosłej kobiety. To niestety chyba też wpłynęło na mój odbiór. Przemysław Bluszcz genialnie i bez zarzutu.
Tytuł: Zmora
Autor: Robert Małecki
Cykl: Zmora #1
Wydawnictwo Literackie
Moja ocena: 7/10
